NIE MA CIĄŻY BEZ RYZYKA

W ciąży czułam się, jak w ciąży. 😊 Chyba już od pierwszych chwil było mi niedobrze i ciężko. Sapałam jak parowóz, chociaż do szóstego miesiąca, prawie nic nie było widać. I szczerze mam w nosie czy to się komuś podobało, czy nie. Tak się czułam i tyle, nie będę się usprawiedliwiać, wstydzić. Żadna kobieta nie powinna. Przez cały okres ciąży, byłam pod opieką lekarza z państwowej placówki. Wyniki badań były bardzo dobre. Co więc może pójść nie tak? WSZYSTKO!

Moja ciążą przebiegała bez zastrzeżeń. USG oraz wszystkie wskaźniki badań były właściwe z niewielkimi brakami żelaza, które zostały w odpowiednim czasie uzupełnione. Rozpoczynał się dziewiąty miesiąc ciąży, brzuszek był coraz większy, a ja nareszcie poczułam się lepiej. Brzuch obniżył się i nudności się skończyły. Miałam za sobą już pierwsze skurcze i wizytę na izbie przyjęć w najbliższym państwowym szpitalu. Przeraził mnie wygląd szpitala, ale personel był bardzo miły. Zrobiono mi wtedy zastrzyk z lekiem rozkurczowym i skurcze ustały. Potrzebowałam jeszcze 2 tygodni by poród był uznany za terminowy (2 tygodnie przed i 2 tygodnie po oznaczonym terminie porodu, uznawany on jest za terminowy). Wróciłam do domu z zaleceniem oszczędzania się i ograniczenia aktywności. Po kilku dniach znajoma poprosiła mnie, żebym zadbała o jej stylizację na ważne wyjście biznesowe. Zrobiłam jej makijaż i uczesałam ją. Pomimo tego, że prawie cały czas siedziałam podczas pracy,  ten dzień również zakończył się w izbie przyjęć.

Jak powinna wyglądać kobieta która rodzi? Dopóki nie chodzi z bólu po ścianach, niech się nie pokazuje w szpitalu.

Tym razem odwiedziłam dwa miejsca, ponieważ z pierwszej izby przyjęć zostałam odesłana z powodu braku miejsc w szpitalu. To był ten sam szpital, który odwiedziłam tydzień wcześniej, ale tym razem nie było miło. W pomieszczeniu, do którego weszłam siedziała pielęgniarka, spojrzała na mnie i stwierdziła, że nie wyglądam jakbym miała rodzić. Zapytałam ją – jak musi wyglądać kobieta która rodzi? Zza drzwi, przy których siedziała pielęgniarka, usłyszałam podniesiony głos (drzwi były uchylone) – nawet pani nie podpinaj do KTG, bo jeśli to akcja porodowa, to nie mamy miejsca i nie możemy pani przyjąć. Zapytałam więc, gdzie mam jechać, gdzie mnie przyjmą i sprawdzą co z moim dzieckiem? W odpowiedzi usłyszałam, że nie wiedzą, a u nich miejsca nie ma. Zdenerwowałam się, dotarło do mnie, że nikt mi tutaj nie pomoże. Była godz. 16:00, godziny szczytu w stolicy. System państwowej służby zdrowia nie przewiduje natychmiastowego połączenia między placówkami, które mogłyby poinformować pacjenta, gdzie ma się udać. Zapytałam głosu zza drzwi czy mam po prostu sobie pojechać, chociaż nawet nie wiem dokąd? Jeśli to poród, a następną godzinę zajmie mi dojazd do miejsca, w którym również odmówią mi pomocy, to co wtedy? Głos krzyknął, że nie może ze mną rozmawiać, ma pacjentkę i powtórzył, że u nich miejsca nie ma. Dał mi do zrozumienia, żebym im nie zawracała głowy. Usiadłam z wrażenia i bólu. Pielęgniarka patrzyła na mnie, a ja do głosu zza drzwi odpowiedziałam, że nie ja zaczęłam tą wymianę zdań. Nikt mnie nie zapytał jak się czuję, ani nie wezwał karetki. Nikt nie zapytał czy mam jak się dostać do innego szpitala. Pielęgniarka powtórzyła, że nie wyglądam jakbym rodziła i zapytała czy czuję ruchy dziecka. Nawet na nią nie spojrzałam. Pojechałam do następnego szpitala. Kiedy tam dotarłam, mój partner pobiegł na izbę przyjęć by oszczędzić mi kolejnego ewentualnego nieprzyjemnego „niespotkania” z lekarzem. Wrócił z informacją, że nawet jak miejsca nie będzie, i tak mnie przyjmą. Na szczęście kolejne, tym razem mocniejsze skurcze, ustały po podaniu zastrzyku rozkurczowego. Zapisano mnie na kontrolne KTG za 7 dni. Poinformowano mnie, że dopóki nie chodzę po ścianach z bólu, a wody nie odchodzą, to mam nie przyjeżdżać. I to mogło być zgubne w moim przypadku. Kolejnym razem nie ja cierpiałam, tylko moje dziecko. Aktywne i zdrowe dziecko w brzuchu, zaczynało walczyć o życie. Ale tego dnia po powrocie z izby przyjęć, jeszcze tego nie wiedziałam.

Państwo to instytucja, szpital także, ale w szpitalach pracują ludzie. Jak im zaufać jeśli tak traktują pacjentów?

Instynkt podpowiadał mi, żeby zastanowić się nad porodem w prywatnej placówce. Wcześniej zrezygnowałam z tego pomysłu, ponieważ większość koleżanek rodziła w szpitalach państwowych i generalnie wszystko było ok, a dzieci są całe i zdrowe. Postanowiłam skontaktować się z Centrum Medycznym Damiana. Słyszałam od przyjaciółki, że poród tam to bajka, a ja będę miała wspaniałe wspomnienia z pobytu w ich placówce. Na spotkaniu z personelem szpitala C.M. Damiana dowiedziałam się dokładnie jak będzie przebiegał poród, zobaczyłam salę, w której odbierane są porody naturalne i zostałam umówiona na kolejne spotkanie, ze specjalnie dla mnie dobranym składem lekarskim. Położna, Pani Agnieszka Danaj, od samego początku objęła mnie swoją opieką i wręczyła wizytówkę z numerem telefonu komórkowego. Czułam, że jestem w dobrych rękach. W piątek miałam zaplanowane spotkanie z lekarzami z C.M. Damiana i miałam przejść pod ich opiekę.

Zawsze trzeba zasięgnąć drugiej opinii.

Tymczasem dzień wcześniej, w czwartek przyszedł czas na kontrolne KTG, w państwowym szpitalu, gdzie byłam umówiona wcześniej. Lekarka powiedziała, że badanie wykazało TACHYKARDIĘ PŁODU. Zapoznajcie się proszę z tym pojęciem, bo wiedza i czujność mogą uratować życie Waszego maluszka. Kazano mi zjeść duży posiłek i po 3 godzinach przyjść ponownie na KTG w izbie przyjęć. Kiedy zorientowałam się, że tachykardia niesie z sobą ZAGROŻENIE ŻYCIA DZIECKA, starałam się nie wpadać w panikę, raczej bezskutecznie. W wyznaczonym czasie wykonano kolejne KTG. To co miało miejsce później, jest najgorszą rzeczą, jaka mnie spotkała w ciąży. Ponad 7 godzin czekania w izbie przyjęć na konsultację lekarza. Niewygodnie siedzenia w poczekalni, dziecko wierzgające nerwowo w brzuchu, ja starająca się zachować spokój, bo przecież ktoś inny też potrzebuje pomocy…  W międzyczasie zadzwoniłam do położnej z C.M. Damiana, Pani Agnieszki. Chciałam natychmiast opuścić szpital i jechać gdzieś, gdzie ktoś mi pomoże, ale nie mogłam, wszystkie moje dokumenty były w gabinecie, gdzie właśnie przyjęto kobietę z krwawieniem. Czułam, że coś jest nie tak z moim dzieckiem… Pani Agnieszka z C.M. Damiana zadała mi kilka pytań i poprosiła, żebym zabrała dokumentację z prowadzenia ciąży, by mieć wszystkie badania w ręku. Nie było powodu by odwlekać przyjście na świat mojego dziecka, ponieważ ciąża jest donoszona. W tym momencie liczyła się każda minuta. Cały zespół lekarzy, który miałam poznać dnia następnego był gotowy, żeby w ciągu pół godziny pojawić się na oddziale położniczym w C.M. Damiana. Po 7 godzinach spędzonych w poczekalni szpitala państwowego, zbadał mnie wreszcie lekarz. Według niego odczyt KTG poprawił się i nie było żadnego zagrożenia dla dziecka. Żeby to potwierdzić, zaproponowano mi wykonanie KTG następnego dnia rano.

Asertywność i troska o samego siebie to podstawa, szczególnie w ciąży.

Po zakończeniu konsultacji z lekarzem, pojechałam na oddział położniczy C.M. Damiana. Chciałam się upewnić, co do stanu dziecka. Cały zespół lekarzy dedykowany do opieki nade mną był na miejscu. Profesjonalizm lek. med. Krzysztofa Pancześnika, Ordynatora Oddziału, budzi zaufanie, czułam, że jestem w dobrych rękach. KTG potwierdziło tachykardię płodu. Decyzja o cięciu cesarskim była natychmiastowa. Życie mojego dziecka było zagrożone.

Tego dnia, w czwartek, na świat przyszła moja córka. Dzięki czujności położnej i lekarzy z C.M. Damiana, jest cała i zdrowa. Dziwny rytm bicia serca, tachykardię, spowodowała pępowina, która dwukrotnie owinęła się wokół szyi maleństwa. Moja córcia walczyła w brzuchu o przetrwanie. Nie chcę myśleć co mogłoby się stać, gdybym dalej chodziła na KTG i czekała… Zgłaszałam lekarzowi z państwowej placówki, że coś jest nie tak, jak powinno. Mała bardzo się wierciła. Pod koniec ciąży, kiedy w brzuchu jest już ciasno, dzieciątko raczej śpi i rusza się nieznacznie. Jej ruchy były nerwowe, bardzo silne.

Sama nie wiem, czy rodzić po ludzku, to trafione określenie akcji. Przecież to przez ludzi zostałam źle potraktowana. Tymczasem zwierzęta rodzą spokojnie i spotykają się ze zrozumieniem i wsparciem członków stada. Każda ciąża niesie z sobą ryzyko. Ktoś określa je wg. wytycznych. Bierze się pod uwagę wiek ciężarnej, styl życia, wyniki badań. Tymczasem sytuacja może się zmienić w mgnieniu oka. Najważniejsze, to zachować w ciąży czujność. Instynkt jest najlepszym doradcą. Zawsze dobrze mieć możliwość skorzystania z drugiej opinii lekarza. Nikt nie jest nieomylny.

Fot. Dariusz Kociak

Dodaj komentarz